Magda i Paweł Kowalscy 2 października 2012 roku wyruszyli w podróż do Azji Południowo-Wschodniej. Trasę tę przemierzają korzystając z kolei m.in. transsyberyjskiej, krugobajkalskiej, a także bambusowej… w Kambodży. – Kiedyś bardziej powszechny i używany w dużej mierze przez miejscowych, dziś wyłącznie atrakcja turystyczna dla obcokrajowców w jednym tylko mieście Kambodży – tak o Bamboo train, czyli bambusowym pociągu pisze na blogu „Mpkpoland.weebly.com” Paweł Kowalski.
Poniżej zamieszczamy fragment relacji z podróży bambusowym pociągiem. Całość dostępna jest na blogu Mpkpoland.weebly.com.
„Co to jest bambusowy pociąg? Czy to normalny skład kolejowy, tyle że zrobiony z bambusa? Nie do końca. Popularny bamboo train (lub „nori” jak określają go też miejscowi) to bambusowa platforma o wymiarach około 3 na 2 metry. Kładzie się ją na żelazne osie z kołami, które wcześniej ustawia się na torach kolejowych. Na koniec przymocowuje się do platformy silnik spalinowy, który za pomocą paska klinowego napędza tylną oś i bambusowy pociąg gotowy. Jego montaż odbywa się na oczach pasażera i trwa około pół minuty. Linie kolejowe w Kambodży są prawie wyłącznie jednotorowe, zatem co się dzieje w sytuacji, gdy na drodze spotkają się dwa takie pojazdy jadące w przeciwną stronę? Pasażerowie jednego z „pociągów” wysiadają i odbywa się szybki demontaż całości. Gdy drugi pojazd przejedzie, całą konstrukcję montuję się ponownie na szyny i można jechać dalej.
Kiedyś bamboo train był bardzo popularnym lokalnym środkiem transportu w wielu miejscach Kambodży. Często pojazdy te transportowały towary, ludzi czy motory, będąc znacząco przeludnione i przeładowane. Najstarsze wersje nie były nawet wyposażone w silnik, a napęd uzyskiwano wówczas z odpychania się drewnianą tyczką. Rola bambusowego pociągu z czasem była ograniczana i malała. Dziś jest to wyłącznie atrakcja turystyczna dla przyjezdnych z zagranicy, z której można skorzystać w jednym już tylko mieście Kambodży – w Battambang, na północnym-zachodzie kraju. Z tego właśnie względu miasto to stało się obowiązkowym punktem na mapie naszej podróży. Choć przed przyjazdem nie byliśmy nawet pewni, czy ze względu na modernizację zniszczonych kambodżańskich linii kolejowych, bamboo train uda nam się w ogóle tam jeszcze odnaleźć.(…)
Jak dochodowa musi być to atrakcja turystyczna świadczy fakt, że nad organizacją całości przedsięwzięcia czuwa lokalna policja (…). Bambusowa wycieczka po nienadających się już do użytku torach kolejowych, odbywa się na odcinku około 7-8 km. Sternik dowozi pasażerów do oddalonej o taką właśnie odległość malutkiej stacji kolejowej, zlokalizowanej w jednej z okolicznych wiosek. Miejscowi urządzają tam polowanie na turystów. Niejeden marketingowiec czy handlowiec powinien udać się w to właśnie miejsce na znakomity kurs marketingu i sprzedaży. Panie i panowie ze znajdujących się tam straganików zagadują po angielsku, uśmiechają się pięknie, nawołują żeby sobie usiąść i odpocząć, a potem sprzedają turystom drogie przekąski, napoje, pamiątki czy wyroby włókiennicze. Młode dziewczyny potrafią przeprowadzić przyjacielską rozmowę, by na jej zakończenie zaprosić do zakupu swoich wyrobów. Te jeszcze młodsze starają się sprzedać obcokrajowcom za dolara jakieś własnoręczne dzieła z liści. Młodzi chłopcy chcą zaprowadzić do znajdującej się niedaleko „fabryki ryżu”. Odbywa się więc prawdziwy festiwal wyciągania kasy z turystycznych kieszeni. Z drugiej jednak strony nie ma co się dziwić. Bamboo train stał się dla tych ludzi doskonałym sposobem zarabiania na życie – okazją, której nie mają już mieszkańcy pozostałych okolicznych wiosek. Po około 15-20 minutach ten sam sternik zabiera pasażerów tą samą platformą do stacji początkowej i wycieczka dobiega końca”.
Cała relacja dostępna jest tutaj.